Historyk o akcji Roberta Bąkiewicza w Gołdapi: Niemieckie ziomkostwa nie zagrażają polskości Mazur

Historyk o akcji Roberta Bąkiewicza w Gołdapi: Niemieckie ziomkostwa nie zagrażają polskości Mazur

Niżej prezentujemy wywiad z Robertem Trabą, m.in. profesorem Instytutu Studiów Politycznych Polskiej Akademii Nauk. Pozwolenie na publikację na naszym portalu uzyskał radny województwa Jarosław Słoma. Wywiad wcześniej ukazał się na Portalu Historycznym dzieje.pl

Profesor Robert Traba z Instytutu Studiów Politycznych PAN uważa, że ziomkostwo wschodniopruskie nie kwestionuje polskości Mazur. W rozmowie z PAP tłumaczy jednak, że zmiana pokoleniowa w Związku Wypędzonych może doprowadzić do „większego wyeksponowania niemieckiej traumy” z okresu wysiedleń.

PAP: Robert Bąkiewicz zorganizował w sobotę 25 lipca w Gołdapi manifestację przeciw „regermanizacji” Mazur. Pretekstem był „Sommerfest” czyli święto dawnych niemieckich mieszkańców tego miasta. Czy środowiska ziomkostw wschodniopruskich kwestionują polskość Mazur i Warmii?

Prof. dr hab. Robert Traba*: – Najkrótsza odpowiedź brzmi „nie”. Szczerze mówiąc zastanawiałem się, czy w ogóle się do tego odnosić, bo krytykując działania parafaszystowekiej organizacji bojówkarskiej jaką jest moim zdaniem Ruch Obrony Granic nadajemy jej rozgłos, na jaki nie zasługuje. Im ciszej w sprawie Bąkiewicza, tym lepiej. Z drugiej strony nie można ignorować tego co robi, bo jest to działanie niebezpieczne. Takim akcjom jak ta w Gołdapi należy więc dawać odpór w każdy możliwy sposób. Pan Bąkiewicz najwyraźniej szuka pretekstu, żeby zaistnieć. „Sommerfesty” odbywają się od 30 lat. Są to letnie spotkania mniejszości niemieckiej, współpracującej z organizacjami zrzeszającymi Niemców zamieszkujących regiony należące przed wojną do Niemiec. Stały się czymś w rodzaju rytuału i w żaden sposób nie zagrażają polskości Mazur.

PAP: Ludzie Bąkiewicza protestowali przeciwko jak krzyczano „niemieckim rewizjonistom i polskim mentalnym folksdojczom”. Dlaczego akurat w Gołdapi?

R.T – Pikietujący niemieckie centrum kultury, tzw. Dom Ojczyźniany (Haus der Heimat), przyjechali do Gołdapi na zaproszenie radnego powiatowego Pawła Czyża. Wspiera on ROG mając nadzieję na to, że wzmocni to jego pozycję wśród lokalnego prawicowego elektoratu. Radny Czyż w myśl obsesyjnej ideologii „Niemiec wieczny wróg” torpeduje każdą lokalną inicjatywę współpracy polsko-niemieckiej bez względu na to czego dotyczy. Wojciech Darski, poeta i działacz kultury z Giżycka poinformował mnie, że polityk ów nie dopuścił do zorganizowania wystawy malarstwa mieszkającego od 1976 r. w Niemczech, ale pochodzącego z okolic Giżycka Zygfryda Komorowskiego. Dlaczego akurat Gołdap? Otóż miasto to leży w strefie przygranicznej, niedaleko obwodu królewieckiego. W ramach wsparcia wschodniej flanki NATO stacjonują tam m.in. niemieccy żołnierze, co ludzie pokroju Bąkiewicza wykorzystują by rozkręcić antyniemiecką hecę.

PAP: Bąkiewicz znalazł pretekst. Otóż na gołdapskim sommerfescie obecny był Stephan Grigat, działacz Ziomkostwa Wschodniopruskiego. W latach 90. kwestionował on granicę polsko-niemiecką.

R.T: – Mam spory dystans do zawodowych działaczy ziomkostw zrzeszających wysiedleńców nie tylko z Prus Wschodnich, ale także z Pomorza czy Śląska. To nie są aktywiści, tylko urzędnicy z nominacji politycznej, którzy najczęściej reprezentują prawe skrzydło CDU bądź CSU. Smutne jest to, że w tej organizacji nie ma ludzi z innych środowisk czy partii centrowoliberalnych. Grigat, rocznik 1964, jest szefem Ziomkostwa Prus Wschodnich (Landsmannschaft Ostpreußen). Należy do kolejnej generacji działaczy, którzy przejmują władzę w ziomkostwach działających pod egidą Związku Wypędzonych. Ziomkostwa dzielą się na mniejsze organizacje, tzw. wspólnoty powiatowe. Potomków Niemców z dawnej Gołdapi reprezentuje Kreisgemeinschaft Goldap. Formalnie jest to niezależna organizacja, na którejczele stoi Grigat. Należy on do prawego skrzydła CDU, mainstreamowej, rządzącej dziś w Niemczech partii, która jest częścią największej rodziny politycznej w PE – Europejskiej Partii Ludowej. Owszem, na przełomie lat 80. i 90. zasłynął z bardzo kontrowersyjnych wypowiedzi…

PAP: Mówił m.in. o „polskiej okupacji Prus Wschodnich”.

R.T: – Ale nigdy później podobnych sądów już nie powtarzał. Możliwości są dwie – albo zmienił styl, a za tą nową, bardziej nowoczesną dekoracją kryje się ta sama ideologia, albo zupełnie zmienił poglądy. Tak czy owak nie uważam go za prawicowego ekstremistę. Jego poprzednik na stanowisku szefa ziomkostwa wschodniopruskiego 86-letni dziś Wilhelm von Gottberg był również członkiem CDU, ale w 2016 roku przeszedł do skrajnie prawicowej Alternatywy dla Niemiec. Co więcej stał się czołowym politykiem AfD, m.in. reprezentował to ugrupowanie w Bundestagu. Martwi mnie to, że Grigant nigdy nie odciął się ani od wolty Gottberga, ani od jego skandalicznych wypowiedzi relatywizujących np. Holokaust. Jak wiadomo w tych środowiskach równie ważne jak to co się mówi, jest to czego się nie mówi. Gdybyśmy jednak tą samą miarą mieli mierzyć polityków z polskiej parlamentarnej prawicy, mielibyśmy dziesiątki Grigatów.

PAP: Myśli pan, że Bąkiewicz wraca do praktyk z czasów PRL, kiedy to władze komunistyczne straszyły Polaków „niemieckimi rewizjonistami” Hupką i Czają?

R.T: – Nie obrażajmy tych, którzy straszyli Hupką i Czają, bo obaj ci politycy nie byli święci, ale Robert Bąkiewicz to ekstremista, który podsyca nienawiść do innych narodów, a to jest karalne w każdym ustroju demokratycznym.

PAP: Czy nie jest tak, że w sytuacji, kiedy w sondażach w Niemczech prowadzi AfD, rośnie za Odrą pozycja ziomkostw i Związku Wypędzonych?

R.T: – Nie powiedziałbym, że rośnie w siłę, ale niewątpliwie inaczej się tę kwestię rozgrywa. Po pierwsze politycznie, by członkowie ziomkostw nie stali się „narodowym” zapleczem AfD. Po drugie po odejściu Eriki Steinbach w Związku Wypędzonych nastąpiła zmiana pokoleniowa. Następcą demonizowanej w Polsce Steinbach został urodzony w 1965 roku Bernd Farbritius, zaś w październiku 2025 zastąpił go o osiem lat młodszy Stephan Meyer. Nie są to politycy, którzy sami doświadczyli wysiedlenia z ziemi rodzinnej, ale w statucie Związku Wypędzonych istnieje zapis, że „wypędzenie się dziedziczy”. Ta nowa „generacja Wypędzonych” w inny sposób rozgrywa historię przymusowych wysiedleń z 1945 roku. Trudno zmierzyć, czy mają silniejszą pozycję niż Steinbach, ale jesteśmy świadkami przejęcia fundacji Centrum Dokumentacji Ucieczka, Wypędzenie, Pojednanie przez Ministerstwo Spraw Wewnętrznych, czyli politycznie bawarskie CSU. Ta mająca swą siedzibę w Berlinie muzealna instytucja zajmuje się dokumentacją niemieckich wysiedleń. Do tej pory podlegała Pełnomocnikowi Rządu Federalnego ds. Kultury i Mediów. Część niemieckich komentatorów ostrzega, że w Centrum górę weźmie teraz prawicowa narracja o wysiedleniach Niemców. Z drugiej strony kwestia ta jest na tyle wrażliwa politycznie, że sam kanclerz Friedrich Merz, w imię dobrych relacji z Polską, przestrzegał przed politycznym wyborem dyrektora. Obecnie jest nim niemiecki historyk Roland Borchers, autor znakomitej pracy o polskich robotnikach przymusowych w III Rzeszy, który do tej pory nie miał żadnych związków ze środowiskiem wypędzonych. Borchers doskonale mówi po polsku, znam go i cenię jako historyka.

PAP: Czyli choć bardziej jastrzębie w podejściu do wysiedleń MSW przejęło kuratelę nad Centrum, to placówka ta pozostaje w dobrych rękach?

R.T: – Myślę, że tak. Mielibyśmy powody do niepokoju, gdyby na fali tych roszad odwołano Borchersa, ale tak się nie stało. Nie przewiduję sprzecznych z polską interpretacją historii zmian akcentów w centralnej wystawie Centrum Dokumentacji Ucieczka, Wypędzenie, Pojednanie. Może co najwyżej dojść do większego wyeksponowania niemieckiej traumy, ale nie musi to zmienić ogólnej wymowy wystawy. Wracając do wydarzeń w Gołdapi – podam inny przykład działania wspólnot ziomkowskich. Otóż proszę sobie wyobrazić, że dwa miesiące temu rozwiązała się podczas uroczystej mszy w kościele w Wejsunach, wspólnota mieszkańców dawnego powiatu piskiego. Jej działacze przekazali symbolicznie pieczę nad historią swojego powiatu miejscowej społeczności, bo dzięki wieloletniej współpracy mieli zaufanie, że w ten sposób lepiej zachowają pamięć. To jest praktyczna realizacja sukcesji kulturowej: bardzo ludzka, a nie polityczna.

* Robert Traba – prof. nauk społecznych i historyk; pracuje w Instytucie Studiów Politycznych Polskiej Akademii Nauk; dyrektor-założyciel Centrum Badań Historycznych w Berlinie i wieloletni przewodniczący Polsko-Niemieckiej Komisji Podręcznikowej. Jest ekspertem w dziedzinie kultury pamięci, historii pogranicza polsko-niemieckiego.

Jacek Pawlicki (PAP)

Powiązane artykuły